|
Mam na imię Andrzej. Moja droga do Boga nie była łatwa. Zanim go poznałem, dostałem od życia porządnie w kość. Nie mogę mieć za to do nikogo żalu. Zresztą może dzięki temu szybciej zrozumiałem, że naprawdę potrzebuję Jezusa. Dziś cieszę się przede wszystkim z tego, kim jestem w Chrystusie – bożym dzieckiem. Moja przeszłość była taka, że wstyd o niej opowiadać. Byłem przestępcą. Włamywałem się do mieszkań i zakładów, okradałem garaże i samochody itd. Na początku bardzo się bałem, że ktoś mnie złapie. Ale wkrótce bezkarność rozzuchwaliła mnie do tego stopnia, że znalazłem przyjemność w uprawianiu złodziejskiego procederu. Robiłem to coraz częściej. Umiałem sobie zrobić narzędzia, za pomocą których mogłem otworzyć zamki, okna, kłódki, a nawet różnego rodzaju blokady. Dokonywanie przestępstw stało się moim zawodem – inni chodzili do pracy, ja chodziłem na włamania i napady. Nic dziwnego, że w końcu zaczęły się kłopoty z policją, która urządzała na mnie i mojego „współpra cownika” zasadzki i obławy. Dziś, gdy próbuję znaleźć przyczyny mojego postępowania, wiem, że miał na nie wpływ brak pracy, pieniędzy i ciężka sytuacja rodzinna. Ta ostatnia była w dużym stopniu moją „zasługą”. W szkole podstawowej cieszyłem się opinią spokojnego chłopca. Wszystko się popsuło, kiedy rozpocząłem naukę w zawodówce i wkroczyłem w okres młodzieńczego buntu. Gdy ojciec zwracał mi uwagę na moje zachowanie, zacząłem się stawiać. Coraz częściej dochodziło do pyskówek z ojcem, który gdy był pijany, awanturował się i wyzywał mamę. W końcu miara się przebrała. Postanowiłem, że jak jeszcze raz to zrobi, to stanę w obronie mojej mamy. I tak się stało. Uderzyłem go – to był początek wielu bójek i awantur. W końcu pobiłem ojca tak mocno, że gdy mama wprowadziła go do domu, był nie do poznania. Wówczas mama postanowiła, że muszę wyjechać do jej rodziny, póki ojciec nie wyzdrowieje i sytuacja się nie unormuje. Gdy po jakimś czasie wróciłem do domu, zdarzyło się, że pijany ojciec zaczął mi wypominać wszystkie krzywdy i mówić, że nie mam prawa mieszkać z nim pod jednym dachem. Wkrótce wypędził mnie z domu. Mojemu rodzeństwu zabronił rozmawiać ze mną. Miałem zakaz przychodzenia do domu. Spałem, gdzie się dało – w obórkach, szopkach itp. Przestałem chodzić do szkoły. Nie miałem pieniędzy, jedzenia i mieszkania. Jedyne wyjście widziałem w kradzieży. 1,5 roku żyłem z włamań, dopóki nie zaczęły się problemy z policją. Ponad rok mieszkałem w starej obórce, gdzie nie było pieca, prądu i wody. Temperatura w środku była prawie taka sama jak na zewnątrz. Przez dziurawy dach przeciekała woda, wszędzie panowała wilgoć. Żeby się ogrzać, rozpalałem obok obórki ognisko. Kładłem się spać, gdy robiło się ciemno, i wstawałem, gdy widniało. Spałem więc często od czwartej po południu do ósmej rano. A wszystko to działo się, gdy miałem 16 lat, w tej samej wiosce, w której mieszkała moja rodzina. Nie miałem z nią kontaktu. Czasami tylko widywałem rodzeństwo idące do szkoły. Na szczęście moja obórka stała obok domu, w którym mieszkała chrześcijańska rodzina. Gdy sąsiadka wywieszała pranie, to wisiało ono naprzeciwko moich drzwi. Ze względu na wiarę bardzo dokuczałem tej rodzinie. Sąsiadka chciała mi podarować Biblię, ale ja nie chciałem jej przyjąć. Mimo że jej dokuczałem, nie obrażała się i nadal ze mną rozmawiała. Zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje. Pewnego wieczora przyniosła mi termos z gorącą herbatą i kanapki. Mówiła o Bogu, który chce mi pomóc i przebaczyć całe zło wyrządzone przeze mnie innym. Tego wieczora, gdy szedłem spać, rozkleiłem się całkowicie i zacząłem się modlić tak, jak umiałem. Cały czas zadawałem sobie pytanie, dlaczego ci ludzie wyciągają do mnie pomocną dłoń. Od tamtej chwili zacząłem się uspakajać, szukałem pracy, chciałem skończyć z kradzieżami. Po jakimś czasie sąsiedzi zaprosili mnie na kolację. Gdy zobaczyłem, jak wygląda ich życie domowe, zapłakałem. Zazdrościłem im, że się tak kochają, że mają szacunek dla siebie i innych, że idą przez życie z Jezusem. Zostałem zaproszony przez nich na nabożeństwo. Pojechałem. Stałem przed zborem i patrzyłem, jak wszyscy wchodzą do środka. Pięć minut po rozpoczęciu nabożeństwa postanowiłem wejść i usiąść z tyłu. W środku zobaczyłem wiele osób, które znałem z widzenia, m.in. sąsiadkę moich rodziców. Ta, ujrzawszy mnie, zaczęła się modlić i dziękować Bogu za to, że przyszedłem na spotkanie. W trakcie uwielbiania Pan dotknął się mojego serca, twardego i zbuntowanego. Płakałem i modliłem się. Od tamtej pory moje życie zmieniło się o 180 stopni. Rzuciłem palenie, przestałem przeklinać, zacząłem czytać Biblię i poznawać zasady chrześcijaństwa. Pan mnie pobłogosławił i dał mi nowe życie.
|