21.05.2012
MisjaPetra.com
Sklep On-line
DVD
Książki
Menu Główne
Start
Świadectwa
Szkoła Uwolnienia 101
Szkoła Uwolnienia 201
download / free materials
Galeria
Linki
O nas
Napisz do nas
Poradnictwo
Rodzina
Małżeństwo
Narzeczeństwo
Samotność
Walka duchowa
FAQ
Obraz losowy
100_7906.jpg
Kongres AUDIO-CD

Kobieta i życie

 "Wybrane przeznaczenie"  

 Pat  Subritzky  - historia życia

coś dla Pań

 

1 płyta DVD

Cudowne uzdrowienia

 "Cudowne uzdrowienia"  

 Bill Subritzky

1 płyta DVD

Korzeń: moja historia (okultyzm, magia, tarot, wróżby)

Okultyzm, magia, tarot... a może chciałbyś usłyszeć jakąś wróżbę? Pamiętaj jednak: "Nie ma tak, że coś przychodzi za darmo"! - wstrząsające świadectwo Korzenia, opublikowane na łamach niezależnego pisma młodzieżowego "METANOIA"

"Urodziłem się, jestem, tylko, kto mnie w to wpakował?"

Przez cały czas miałem takie wewnętrzne odczucie, nazwałbym to - wstydem, że żyję, że istnieję. O życiu myślałem: "urodziłem się, jestem, tylko, kto mnie w to wpakował?". Z taką pogardą patrzyłem na siebie, bo chciałem, żeby to się jakoś urwało, skończyło. Było we mnie takie rozdarcie. Z jednej strony, nienawidziłem samego siebie, chciałem, żeby to jak najszybciej się skończyło, myślałem dużo o śmierci; a z drugiej strony, starałem się jakoś siebie dowartościować i coś z tego życia mieć.

Kiedy to wszystko zaczęło we mnie narastać, zacząłem szukać własnych dróg. Zacząłem medytować, uprawiać różne formy wschodnich religii. Wtedy zaczęło robić się tak dziwnie wokół mnie. Straciłem kontakt ze swoimi znajomymi. Spędzałem dużo czasu z ludźmi, którzy byli ode mnie o wiele starsi. Z tego powodu czułem się bardzo dumny. Później, chyba podczas ferii zimowych, chciałem zapalić papierosa. Rozejrzałem się po domu, jednak żadnych fajek nie znalazłem. Zdenerwowałem się i pomyślałem, że teraz zrobię coś innego. Wziąłem trochę kleju i zacząłem wąchać. W pierwszym momencie pomyślałem, że to nic takiego niezwykłego. Jednak po pewnym czasie zaczęło dziać się coś dziwnego z moim sercem. Biło nieregularnie a przed moimi oczami zaczął pojawiać się jakiś obraz. Po chwili stał się tak rzeczywisty, jakby wszystko co zobaczyłem działo się naprawdę. Przeżyłem wtedy taki odlot, że od razu wiedziałem, że będzie to moją zabawką na dłużej.

Wąchanie kleju bardzo mocno pociągnęło mnie i zafascynowało. Przez kilka tygodni, najważniejszym wydarzeniem dnia było "nawąchanie się". Kiedy trwałem w takim stanie cztery miesiące, zacząłem sobie uświadamiać, że tak naprawdę w moim umyśle nie ma już miejsca na coś innego. Wcześniej miałem jakieś zainteresowania. Coś rysowałem, coś robiłem, słuchałem różnych audycji w radio. Bardzo lubiłem np. słuchać, kiedy w radiu czytane były książki. A teraz, jedyne, co się liczyło, to zaliczyć dzień i pójść się "nawąchać". Straciłem zupełnie kontakt z rzeczywistością. Żyłem w wyimaginowanym świecie wizji, halucynacji. Świat rzeczywisty to było coś, co odwiedzałem i w czym czułem się dość nieswojo. Dla mnie świat halucynacji i wizji, który miałem podczas odlotów, był czymś o wiele bardziej realnym i ważniejszym niż świat rzeczywisty. Świat rzeczywisty - to była podróż w problem. Podróż w poczucie, że jest się kimś gorszym i nie widzi się żadnego sensu przed sobą. Nie widzi się dla siebie jakiejkolwiek nadziei na przyszłość. Bardzo mocno odczuwałem, że nie mam siły żyć życiem normalnych ludzi. Nie stać mnie było na taki wysiłek, żeby zachowywać się tak, jak normalni ludzie. Kiedy zauważyłem zagrożenie, że mogę w tym wszystkim popłynąć, zbzikować, chciałem wrzucić coś do swego umysłu "coś", co by mnie zainteresowało, zafascynowało. Tym czymś był klimat punkowy.

W tamtym czasie zacząłem słuchać ostrej punkowej muzyki, takich pionierskich kapel, jak Dezerter itp. Teksty były dość ciekawe... Z Dezertera to chyba teksty z czterech płyt miałem w głowie. Cała ta muzyka i to wszystko było jak Biblia, jak jakieś prawo. I tak uchwyciłem się tego. Gdy rozmawialiśmy ze znajomymi, to rozmawialiśmy ze sobą fragmentami tekstów punkowych kapel. Wszystko było związane też z taką ideologią, że skoro życie nie ma sensu, że skoro i tak wszystko jest pozbawione możliwości sensownego ułożenia sobie przyszłości, to jedyne, co można zrobić, to wziąć "zapić się", "zabalować" i przynajmniej wesoło umrzeć.

Pojechałem na pierwszy punkowy poważniejszy festiwal w okolicy. Okazało się, że było kupę ludzi, którzy pozjeżdżali się z okolicznych miast. Wszyscy wyglądali tak, jak ja. Mieli bardzo dziwne rzeczy na głowach. Byli "naćwiekowani", pełno rzemieni, jakieś skóry. Kiedy ich zobaczyłem, poczułem się jak u siebie. Gdy, po iluś tam piwach wypitych z chłopakami, których dopiero, co poznałem, weszliśmy na salę zaczęliśmy pogować. Było to moje pierwsze "pogo". Wskoczyłem między tych ludzi, wszyscy zaczęliśmy biegać, skakać, obijać się o siebie. Wyglądało to, jak jeden wielki młyn ciał. W trakcie tego "pogowania" ktoś mnie za mocno popchnął. Kiedy się przewracałem i byłem jakieś 20 cm od podłogi, w którą uderzyłbym głową, to nagle może pięciu, może więcej ludzi chwyciło mnie na ręce przy samej podłodze i podnieśli mnie bardzo wysoko. Nie znałem ich, a oni nie znali mnie. Był to taki moment, gdy poczułem, że kogoś obchodzę, że tworzymy jakąś wspólnotę, jakąś całość. W tym momencie wiedziałem, że oddam się temu tak mocno, jak tylko potrafię się oddać.

"Zabij Go!"

Różnie to bywało, ale z reguły dużo ludzi u mnie przesiadywało. Każdy wieczór był czasem zużywania prochów, klejów, rozpuszczalników i innych rzeczy. Było tak, że któregoś dnia razem z kumplem siedzieliśmy przy ognisku. Ja tradycyjnie coś wąchałem. Gdzieś około drugiej kumpel z powiedział, że chce iść do domu. Wstałem i powiedziałem, że go odprowadzę. Zaczęliśmy iść. Niosłem ze sobą "samarę" i wąchałem coś, co w niej było. Nie pamiętam już, co. Kiedy szliśmy, on wyprzedził mnie o jakieś trzy metry. Szliśmy i rozmawialiśmy ze sobą, ale z racji, że byłem "nawąchany", i tak nie miało to sensu. Kiedy wyszliśmy na taką piaskową drogę, poczułem jakby uderzył we mnie powiew zimnego powietrza. Było to takie dziwne, bo wydawało mi się, że powietrze wpadło do wnętrza mojego ciała. Wtedy zacząłem słyszeć jakby w środku, w samym sobie krzyk, który domagał się: "Zabij go!". Pietruch był moim najlepszym kumplem. Rzadko miewałem przyjaciół, ale kiedy ich miałem, to ich ceniłem. Ale w tamtym momencie, gdy byłem pod wpływem tego "czegoś", przyjaźń przestała się liczyć. Patrzyłem na Pietrucha, który szedł przede mną. Wsadziłem rękę do kieszeni. Przy sobie nosiłem wielki nóż. Wyjąłem nóż. Miałem z nim problem, bo nie mogłem go otworzyć. Otwierałem jakiś czas. W końcu, gdy otworzyłem nóż i szedłem, żeby wbić go w plecy Pietrucha ocuciło mnie zimne powietrze. Wtedy nagle uświadomiłem sobie: "Boże, co ja robię?!" Złożyłem nóż i szliśmy dalej. Idąc dalej, w moim umyśle zaczęły pojawiać się jakieś nowe obrazy. Zaczęły dziać się rzeczy, które zupełnie wykraczały poza wydarzenia, wizje i halucynacje, jakie miałem do tej pory.

Szedłem i zobaczyłem przed sobą, że piorun uderza w drogę. Na drodze pojawiła się brama. Szliśmy w jej kierunku. Była jakieś 50 metrów od nas. Zbliżaliśmy się do niej. Kiedy wchodziliśmy, otworzyła się przed nami. Gdy wszedłem, zobaczyłem, że znalazłem się w jakimś dziwnym ogrodzie. W tym ogrodzie stał posąg bogini Wenus z dłońmi we włosach, z wypiętymi piersiami, w sukni. Stała i wyglądała naprawdę pięknie. Moje oczy utkwiły w niej. Później zobaczyłem, że w tym ogrodzie jest więcej rzeczy. Po swojej lewej ręce widziałem posąg człowieka, który bardzo przypominał posąg Mojżesza z katedry w Wilnie. To był Mojżesz z rogami. Gdy spojrzałem w drugą stronę, widziałem tam rozbity mur z napisem Eliasz. Kiedy tak się rozglądałem, to usłyszałem, że coś dzieje się za moimi plecami. Odwróciłem się i spojrzałem w to miejsce, gdzie wcześniej była brama. Zobaczyłem tam łodygę, gdzieś około 3 metrów wysokości, zieloną, z wielkimi liśćmi, która na swym szczycie zamiast kwiatu, miała głowę czerwonej żmii. Ta żmija zaczęła się śmiać. Było to tak paraliżujące i przerażające, że chciałem się wyrwać z tego stanu. Próbowałem kopnąć tę łodygę, ale ta głowa zaczęła krzyczeć: "Ty na zawsze będziesz mój! Nigdy nie wyjdziesz z tego ogrodu!" Odwróciłem się wtedy i powiedziałem, że wyjdę. Kiedy wychodziliśmy, minęliśmy posąg bogini Wenus i znaleźliśmy się jakby poza obszarem tego ogrodu, wtedy zacząłem słyszeć, jak coś krzyczy do mnie: "Zabijemy cię! Zabijemy cię!" Było to mówione głosem pełnym przekonania. Kiedy wyszliśmy na asfalt, doszedłem do wniosku, że dzieje się ze mną coś dziwnego, że może tracę rozum, może popadam w jakąś chorobę psychiczną od tego "wąchania". Postanowiłem, że już więcej nie będę wąchał. Opuściłem od ust rękę z reklamówką, i zacząłem głęboko oddychać, żeby przewietrzyć płuca i otrzeźwieć. Szliśmy asfaltem. Poczułem, że to, co trzymam w ręku, zrobiło się jakieś cięższe. Podniosłem to do góry i zobaczyłem, że trzymam w ręce kawałek płótna, w które była zawinięta ścięta głowa, a krew zaczęła padać na asfalt i rozpryskiwać się. Rozglądałem się dookoła. Zobaczyłem, że z drzew płynie krew. Spojrzałem wtedy na Pietrucha. Powiedziałem: "Pietruch, ja tracę rozum. Ty najlepiej wrzuć na kamasz". On pobiegł do domu. Stałem tam jakiś czas. Zacząłem wracać do domu. Byłem pewny, że zwariowałem.

Przez następnych kilka dni leżałem w domu. Nigdzie nie wychodziłem. Ciągle miałem jakieś wizje i omamy przed oczyma. Byłem pewien, że stało się coś z moim mózgiem i że teraz będzie się źle ze mną działo. Myślałem, że wyląduję w jakimś "psychiatryku". Postanowiłem, że lepiej będzie się powiesić niż iść do "psychiatryka" i zostać tam na zawsze. Byłem pewien, że uszkodziłem sobie mózg. Czasami doświadczałem jakichś paraliżów, zaników pamięci i takich podobnych rzeczy. Wiedziałem, że to może być coś nieodwracalnego. Wtedy, po kilku dniach, przyszedł do mnie Pietruch. Powiedział: "Słuchaj, Korzeń, stało się coś naprawdę dziwnego. Od momentu, kiedy tam się rozstaliśmy, ja ciągle mam jakieś wizje. Ciągle widzę, że ktoś mi podcina gardło. Widzę, że firanka zeskakuje z okna i zaczyna tańczyć po pokoju. Kaloryfer spada ze ściany, telewizor się roztapia i dzieje się wiele takich różnych rzeczy. Ciągle jestem w wielkim strachu". Dla mnie było to wielkim szokiem. (Z jednej strony ucieszyłem się, że nie tylko ja sam coś takiego przeżywam.) Mówię do niego: "Pietruch, zobacz, ja tak balowałem, wąchałem. Dla mnie nie byłoby dziwne, że mam uszkodzony mózg i że takie rzeczy mogą się dziać, ale skąd to u ciebie, skoro ty tylko od czasu do czasu wypiłeś jakiegoś "bełta" i niczego nie ćpałeś?" Rozmawialiśmy o tym i doszliśmy do wniosku, że jesteśmy pod wpływem jakiegoś uroku lub działania jakichś czarów czy czegoś w tym rodzaju. Pietruch pytał się mnie, co można zrobić. Ja, słuchając wcześniej różnych audycji w radiu, powiedziałem: "Wiesz, słyszałem, że można odczynić urok za pomocą kart tarota". Wtedy on powiedział, że bardzo dobrze się składa, bo kiedyś w Ełku na rynku kupił książkę i talię kart tarota.

"Z tych ran wypływa prawdziwa krew"

Kiedy znaleźliśmy się u niego w domu, Pietruch przyniósł karty i zaczęliśmy je oglądać. Stan lęku, w jakim dotychczas żyłem momentalnie ustąpił. Popadliśmy w stan błogości. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że to "coś" nas opuściło. Z drugiej strony pomyślałem sobie:, "jeśli te karty powodują takie rzeczy przy pierwszym zetknięciu, to co może być, gdyby zainteresować się nimi głębiej?" Poprosiłem Pietrucha, żeby mi ich pożyczył . Przyniosłem je do domu i zacząłem rozkładać jedną po drugiej. Wpadłem w taki dziwnych hipnotyczny stan, w którym zacząłem otrzymywać informacje, jakie jest znaczenie poszczególnych kart. (kart było 78).Po jakimś czasie dostałem książkę-instruktaż do tarota marsylskiego i okazało się, że wszystkie moje spostrzeżenia były trafne. To zafascynowało mnie podwójnie. Wszystko, co zacząłem robić od tego momentu, było skupione na okultyzmie. To mnie tak pociągnęło, że całe moje punkowe życie poszło gdzieś na bok. Całkowicie odstawiłem alkohol. Od czasu do czasu paliliśmy jeszcze "trawę". Znacznie rzadziej chodziłem wąchać, gdyż w tej chwili okultyzm stał się rzeczą tak fascynującą, tak pochłaniając, że nie miałem czasu na ćpanie. Czytałem. Nosiłem zawsze talię kart tarota przy sobie. Często ludzie, jakby dla zabawy, chcieli, żebym im powróżył. Zawsze bardzo chętnie na to odpowiadałem i czułem się jeszcze bardziej zachęcony, gdy wszystko, co mówiłem, było trafne.

Zdarzyło się, że dziewczyna, która przygotowywała się do matury, miała problem z podjęciem decyzji, gdzie pójść na studia. Zapytała mnie, czy może przyjść do mnie, żebym rozłożył jej tarota. Zgodziłem się. Kiedy przyszła, przystąpiłem do rutynowych działań. Pomieszałem karty według wszelkich okultystycznych instrukcji. Zacząłem je rozkładać. W trakcie rozkładania znalazłem się mimo swojej woli w hipnotycznym stanie. Zacząłem mówić pod wpływ tego stanu. Byłem w takim "odlocie", że nie bardzo kontaktowałem, iż jestem teraz w pokoju i mówię do kogoś. Moja świadomość była jakby wyłączona. Coś innego przejęło nade mną kontrolę. Ja tylko jakby "zza ściany" obserwowałem to, co się dzieje. Mówiłem tej dziewczynie, że będzie w ciąży zanim wyjdzie zamąż i że będzie to problemem. ( faktycznie za parę miesięcy stało się to rzeczywistością). W trakcie, gdy mówiłem, co oznacza każda karta w tym układzie, miałem taki chwilowy przebłysk świadomości i gdy spojrzałem na moją "klientkę" zobaczyłem na jej twarzy wielkie przerażenie. Wtedy trochę mną wstrząsnęło i zacząłem wydostawać się ze stanu "tej hipnozy", aby zorientować się, co się dzieje. Kiedy byłem już prawie "trzeźwy", spojrzałem na stół- na stole leżała karta 10, miecz w tarocie marsylskim. Jest to ryba, przebita dziesięcioma mieczami. Z każdej rany, gdzie miecz wchodził lub wychodzi z ciała ryby, zaczęła wypływać krew. Patrzyłem na to. Patrzyłem na twarz dziewczyny, na jej przerażenie i zastanawiałem się, czy to, co widzę, jest tylko skutkiem stanu, w którym byłem. Czy tylko ja to widzę, a ona jest może poruszona z jakiegoś innego powodu, czy też oboje widzimy to samo? Już na trzeźwo, na zimno patrzyłem raz na kartę, a raz na dziewczynę. W końcu spytałem się jej czy może powiedzieć co ją tak przeraża. Ona mówi:.. "Czy ty nie widzisz, co dzieje się z kartami?" Ja mówię: "Widzę, ale chcę być pewny, że widzimy to samo. O którą kartę ci chodzi?" Pokazała na tę z rybą i mieczem. Zapytałem ją: ".I co na niej widzisz?" Odpowiedziała: "Z tych ran wypływa prawdziwa krew". Postanowiliśmy nie ciągnąć tego dalej. Złożyłem karty. Zostawiłem tylko tę jedna na stole. Chcieliśmy, żeby to się skończyło. Nie rozumieliśmy tego zjawiska. Tak samo ona, jak i ja. Tylko ja byłem w tym wszystkim bardziej spokojniejszy. Podniosłem tę kartę do góry. Powiedziałem: "Słuchaj, to nie jest straszne. Weź tę kartę za róg" Chciałem w ten sposób uspokoić mojego gościa. Ona wzięła tę kartę i tak staliśmy w pokoju trzymając ją, ja za jeden róg, ona za drugi. Patrzyliśmy, jak na tej karcie krew podnosi się w górę i opada w dół. W tym momencie zacząłem rozumieć, że to już nie ja zajmuję się okultyzmem, ale że okultyzm zajmuje się mną. To nie ja gromadzę jakąś wiedzę, którą później z siebie wyrzucam, ale znalazłem się w jakimś dziwnym polu oddziaływania jakiejś siły, która ma sobie znane zamiary, a które nie są dla mnie takie jasne. To "coś" zajmuje się mną, a nie ja tym czymś, Z jednej strony bardzo mnie to pociągało, a z drugiej strony, pomyślałem: "Nie ma tak, że coś przychodzi za darmo".

Zacząłem myśleć o tym wszystkim, czego doświadczyłem. Miałem też takie przeżycia, jak dzisiejsi jogini, buddyjscy mnisi. Zdarzało mi się opuszczać ciało i być poza nim. Będąc poza ciałem doznawałem jakby "największego oświecenia". Wtedy przychodziły wszelkie myśli, dotyczące okultyzmu, które później czyniły mnie tak uzdolnionym w tej dziedzinie. Kiedy zacząłem myśleć o tej karcie, o tych wydarzeniach, wtedy zacząłem powoli sobie uświadamiać, że to, z czym mam do czynienia, to nie są jakieś tajemnicze moce przyrody, ale że są to jakieś osoby; że to jest ktoś, kto posiada jakąś inteligencję, kto ma jakiś cel, kto ma jakieś zamiary. Uwikłałem się w to. Nie jestem pewien zamiarów tego "czegoś", ale jestem w "jego" rękach . Był to moment, w którym postanowiłem, że muszę się upewnić, co do tego, z czym mam do czynienia. Kiedy następnym razem znalazłem się poza ciałem i znalazłem się w polu oddziaływania tych "mocy". Jeden z tych- wtedy nazwałbym to mocą przyrody, teraz nazwę to duchem- duchów, zaczął ze mną rozmawiać. Powiedział mi: "Słuchaj, ty jesteś szczególną osobą. Ty staniesz się wielki. Ty będziesz znany przez tysiące, bo będziemy oddziaływać przez ciebie w potężny sposób i będziesz czynił niesamowite cuda". Poczułem się taki szczególny i wybrany, gdyż do pewnego momentu wydawało się mi, że jest to jakaś choroba psychiczna, z którą po prostu dobrze się czuję.

Nie możesz odczuwać miłości!

W trakcie moich podróży poza ciałem, kiedy spotykałem się z tymi istotami, dowiedziałem się paru rzeczy, których one wymagały ode mnie. Był to moment, jak myślę decydujący dla tego wszystkiego, co stało się później. Duch, który mi się przedstawiał powiedział, że jego imię jest symboliczne. Powiedział, żebym zwracał się do niego Prometeusz, gdyż on przynosi światło z wysokości. Powiedział, że przeprowadzi ze mną rozmowę. Wyglądało to jakby był takim filozofem-snobem. Zaczął tonem filozofa mówić o szczęściu. Powiedział, ze moja gonitwa za szczęściem jest tym problemem, który mi uniemożliwia stanie się już teraz wielkim "Saibabą" lub kimś takim. Pytałem się, o co w tym wszystkim chodzi, a on powiedział:, "Aby te wszystkie moce mogły się przejawić przez ciebie, musisz być całkowicie wypróżniony z jakichkolwiek pragnień. Nie możesz odczuwać szczęścia. Nie możesz odczuwać nieszczęścia. Nie możesz odczuwać smutku. Nie możesz odczuwać radości. Nie możesz odczuwać miłości. Nie możesz odczuwać nienawiści. Musisz być całkowicie opróżniony ze wszystkiego, czym jesteś. W momencie, kiedy opróżnisz się z tego, wszystkie moce będą miały swobodę, aby przejawiać się przez ciebie, jak przez kanał," Dla mnie było to przerażające

Wtedy zacząłem myśleć o tym wszystkim, co wcześniej stanowiło dla mnie jakieś treści: o swoich przyjaciołach, o swojej dziewczynie... Pomyślałem, że wtedy to wszystko straci sens. Wtedy, jedyne, co będę miał, to tylko to, że będę jakimś wielkim czarownikiem. Odpowiedziałem sobie, że czegoś takiego nie chcę, że to, na czym mi najbardziej zależy, to bliskość z jakimiś ludźmi. Jest to zupełnie coś innego niż to, co widziałem w tych planach, które miały dla mnie "Duchy". Będąc poza ciałem, powiedziałem, że tego nie chcę. Był to moment, w którym zobaczyłem gniew wszystkich tych istot, które wcześniej wydawały się takie przyjazne. Ja nie odbierałem świata, w którym z jednej strony jest Bóg, a z drugiej diabeł, ale z racji zainteresowań hinduizmem i buddyzmem, myślałem o jakimś absolucie, o jakiejś świadomości zbiorowej; o tym, że potem wszyscy ludzie przechodzą w jakiś byt duchowy. Czułem po prostu, że mam kontakt z tym światem i wydawał mi się on naturalny, ani zły ani dobry. Wydawał się być po prostu częścią rzeczywistości, która jest omijana i nieznana przez przeciętnego zjadacza chleba. Czułem się taki wybrany i szczególny z tego powodu, że mogłem coś z tego świata odkryć, że mogłem to zobaczyć. W tym momencie, kiedy te duchy postawiły mi warunki, kiedy okazałem, że tego nie chcę, znalazłem się z powrotem w ciele.

Spakowałem tarota, spakowałem książki, spakowałem notatki. Zawinąłem to wszystko w papier i włożyłem do szuflady. Postanowiłem, że nie będę się tym zajmował.

Co stało się potem...? Miałem ciągłe nocne odwiedziny duchów. Wyglądało to zawsze w podobny sposób. Najpierw przychodziła taka paraliżująca obecność. Zaczynała się ona bardzo zagęszczać. Czym bardziej się zagęszczała, tym bardziej czułem się sparaliżowany. W końcu nie mogłem już nawet ruszyć powieką, czy wydobyć z siebie słowa, tylko byłem sparaliżowany. W tych momentach przed moimi oczami pojawiały się obrazy. Zaczynałem słyszeć krzyki, błaganie o jakąś pomoc. Często byłem w takim stanie, że leżałem sparaliżowany i słyszałem, że ktoś bliski krzyczy: "Leszek, ja cię proszę: pomóż mi!" Później słyszałem jakieś odgłosy walki. W trakcie tego widziałem jakieś kawałki porąbanego ciała, porozrzucane po całym pokoju. W takich chwilach myślałem: "Ja muszę przez to jakoś przebrnąć" Myślałem:, "Aby tylko to wytrzymać. Nie zwracać na to uwagi" Zaczynałem zamykać się w sobie. Myślałem wtedy, że to minie, skończy się. Kiedy nauczyłem się już wytrzymywać to. wtedy zaczęły dziać się inne rzeczy.

Leżałem w pokoju. Przyszła ta paraliżująca obecność. Leżałem na łóżku. Była noc. Patrząc przed siebie w sufit zobaczyłem, że z sufitu wychodzi lina, a na tej linie powieszone są zgniłe zwłoki. Te zwłoki, jak poruszane przez wiatr, bujały się nad łóżkiem. Nie mogłem w tym momencie się ruszyć. Nie mogłem ze sobą nic zrobić. W pewnej chwili te zwłoki spadły i poczułem uderzenie tych zwłok o łóżko. Poczułem to tak realnie, jakby naprawdę się wydarzyło. Wtedy głowa, przegnita czaszka z zębami na wierzchu, obróciła się w moim kierunku i zaczęła krzyczeć mi do ucha. To nie było w języku polskim, ale był to wrzask pełen tonu oburzenia i nienawiści. Wiedziałem, że są to momenty. w których demony demonstrują swoją siłę i władzę. Przez cały czas, kiedy działy się takie zjawiska, ciągle słyszałem: "Zabijemy cię! Ty miałeś szansę! Ty sprzedałeś to za nic! Za coś tak ulotnego jak szczęście, którego nigdy nie zaznasz!" Wtedy wydarzyło się coś takiego, że otworzyły się szafki w pokoju, w którym spałem. Ubrania z tych szafek wyleciały. Zaczęły krążyć pod sufitem, szorując o niego. Było to jakby trąba powietrzna w pokoju. Kiedy to się działo myślałem, że to jest jeszcze jedna z tych schizofrenicznych wizji, że jest to taki obraz, że tak naprawdę nic się nie dzieje. Ale gdy rano otworzyłem oczy, kiedy matka waliła w drzwi, że mam wstawać do szkoły... Kiedy otworzyła drzwi, a ja oczy, wtedy zobaczyłem, w jakim stanie jest pokój. Matka zapytała, co się stało? Powiedziałem, że czegoś szukałem. Wyszła, a ja poskładałem ubrania. Wiedziałem, że to, co działo się w nocy, było prawdą, że to nie była tylko jakaś wizja. Później takie wydarzenia się powtarzały.

Byłem wtedy w takim przerażeniu, że już z tego powodu, a nie z fascynacji, bardzo rzadko wychodziłem wąchać lub coś takiego robić; ale ciągle byłem w nałogu. Z jednej strony problemem był okultyzm, z drugiej strony wąchanie. Do tego dochodziło zdrowie. Zaczynałem już od jakiegoś czasu pluć skrzepami krwi. Miałem przeświadczenie, że nawet, jeśli demony nie spełnią swojej groźby i nie zabiją mnie, to i tak umieram. Kiedy to wszystko się działo, zastanawiałem się czy może być z tego jakaś droga wyjścia. Wtedy pomyślałem sobie:, "Co mi to szkodzi?" Stałem w pokoju, w którym parę dni wcześniej przedmioty latały pod sufitem i w którym nawiedzały mnie duchy. Kiedy tak stałem, to z wielkim trudem, chyba po pół godzinie stania i wysiłku, żeby włożyć to w swoje usta, powiedziałem: "Boże Żydów, jeżeli chcesz, objaw się mi i pomóż", Gdy to powiedziałem, to wiedziałem, że nastąpi jakaś zmiana. Zaczęła pojawiać się we mnie jakaś nadzieja, jakieś ożywienie. Może następnego dnia, może po kilku dniach, teraz już tego nie pamiętam, wpadła do mnie dziewczyna. Przyniosła Nowy Testament. Powiedziała: "Korzeń, tu jest napisane o takich ludziach jak ty. Napisane, że wszyscy pójdą do piekła". Wyśmiałem ją wtedy, ale wziąłem ten Nowy Testament. Nie bardzo chciałem go czytać. Miałem zły stosunek do Biblii. Zły stosunek do religii. Zły stosunek do wszystkich tych rzeczy. Kiedy przejrzałem spis treści i zobaczyłem, że jest tam Księga Apokalipsy, pomyślałem, że mógłbym z ciekawości przeczytać.

"Boże Żydów, jeżeli chcesz, objaw się mi i pomóż"

Kiedy zacząłem czytać pierwszy rozdział uderzyło mnie coś w postaci, która była tam opisywana. Było to tak potężne, pełne autorytetu. Mocno mnie dotknęło, tak, że wszystkie moje podróże poza ciałem, że wszystkie te doznania, jakich nie doznają przeciętni ludzie, że wszystkie wydarzenia mające miejsce w moim życiu, z których powodu byłem dumny, że to wszystko stało się takie małe w porównaniu z tym "czymś" co trzymałem w rękach i czytałem. Przeczytał następne dwa rozdziały. Odłożyłem Nowy Testament i czułem, że coś dziwnego dzieje się ze mną. Byłem w takiej dziwnej atmosferze. Myślałem o wszystkich słowach, które przeczytałem. Wiedziałem, że tak samo jak moje życie i doznania nie były z tego normalnego świata, tak samo to, co jest napisane w tej księdze, nie pochodzi z tego normalnego świata, ale pochodzi z zupełnie innego świata, którego nie znam. Byłem tego pewny. To mnie zafascynowało.

Następnego dnia. kiedy wróciłem ze szkoły, pierwsze co chciałem zrobić, to czytać Biblię. Na drugi dzień było tak samo. I następnego, i następnego, i następnego... Kiedy minęło kilka tygodni nagle uświadomiłem sobie, było to wielkim szokiem, że od momentu, kiedy zacząłem czytać Nowy Testament, znikł absolutnie głód psychiczny, jeśli chodzi o odurzanie się. Nie chciałem niczego wąchać ani pić. To wszystko po prostu odeszło. Wiedziałem, że wydarzył się cud. Wiedziałem, że to nic dzieje się tak normalnie. Ludzie chodzą do ośrodków odwykowych, spędzają tam dużo czasu, a i tak nie opuszcza ich głód psychiczny. Nikomu tego nie musiałem wmawiać. Sam przed sobą wiedziałem, że mnie głód psychiczny opuścił. Wiedziałem, że to nie jest normalne. Wiedziałem, że stało się to w związku z tą księgą Nowego Testamentu. Myślałem, że może będzie w niej coś, za pomocą, czego będę mógł się wydostać z tego swego drugiego kłopotu, z okultyzmu, który w tym czasie był dla mnie o wiele większym kłopotem niż ćpanie. Ciągle miałem te dziwne demoniczne przeżycia. To mnie nawiedzało.

Brnąłem przez Nowy Testament. Przeczytałem Księgę Apokalipsy. Wszystko to zajmowało mi to ogromną ilość czasu. Czytałem niekiedy przez godzinę i więcej. Analizowałem to wszystko, co tam było. Kiedy skończyłem Apokalipsę, zacząłem czytać od początku, od Ew. Mateusza. Gdy przeskakiwałem przez każdą następną księgę Nowego Testamentu, zastanawiałem się czy w tej następnej księdze będzie też czuć tę dziwną moc, to coś, co powodowało, iż myślałem, że ta księga nie pochodzi z tego świata, że jest w niej coś zupełnie niesamowitego, mistycznego, co nie jest naturalne. Za każdym razem, kiedy zaczynałem czytać nową księgę, myślałem o tym i po jakimś czasie odkrywałem, że tak, że w tej księdze też to jest. Widziałem z opisów Ewangelii, jak Jezus rozprawiał się z demonami. On nakazywał im wyjść z ludzi, a demony opuszczały te osoby. Wiedziałem, że jeśli ktoś ma mi pomóc, to właśnie ktoś, kto ma władzę nad demonami, właśnie Jezus. Kiedy doszedłem do końca Ew. Marka, przeczytałem tam, że wierzącym będą towarzyszyły znaki; że będą oni mówić obcymi językami, że będą nakładać ręce na chorych, a ci wyzdrowieją i że będą mieć władzę nad demonami.

"Pomodliłem się raz, a On przyszedł..."

Poszedłem do swojej parafii. Zapukałem do drzwi duchownego. On otworzył, a ja zacząłem opowiadać o swoim problemie. Wtedy mnie wyśmiał. Powiedziałem mu, że zastanawiałem się nad tym swego czasu, że byłem przekonany, iż to, czego doświadczam, to jest choroba psychiczna, ale czy choroba psychiczna jest w stanie unieść przedmiot w górę i spowodować, że będzie kręcił się on po pokoju w powietrzu? Czy choroba psychiczna jest w stanie sprawić, że inni ludzie mają przy tobie wizje? Czy choroba psychiczna jest w stanie sprawić, że mówi się ludziom rzeczy z przyszłości, które się wypełniają? Kiedy tak rozmawialiśmy. On powiedział: "No, dobrze, dobrze, ale, po co ty z tym przyszedłeś do mnie?" Powiedziałem, że gdy dowiedziałem się, że wierzący w imię Jezusa będą wyganiać demony, to był on pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl. On zupełnie nie rozumiał. Powiedział: "A kto ci takich głupot naopowiadał?" Mnie to bardzo zdziwiło i mówię "Przeczytałem to w Ewangelii św. Marka". Kiedy to powiedziałem, cały poczerwieniał. Zawstydził się. Zaczął coś kręcić mówić coś o jakichś rzeczach, że teraz... To było dobre 2 tys. lat temu, że teraz to mamy lepsze rzeczy. Powiedział, żebym poszedł do psychiatry. Pomyślałem tamtej chwili: "Jak nie on, to może są jacyś inni wierzący". Przypomniało mi się, że kiedyś, jak chodziłem do szkoły miałem znajomego świadka Jehowy. Kiedy przyszło mi to na myśl, wtedy poszedłem do niego. Mówię: "Słuchaj, Daniel, mam problemy z demonami, a teraz nawracam się do Boga czytam Biblię. Wiem, że jestem opętany. Wiem, że potrzebuję uwolnienia od demonów tak, jak jest to opisane w Biblii. Powiedz mi, czy jest ktoś u was kto zajmuje się takimi rzeczami? Czy ktoś u was może mi pomóc?" On był tym bardzo zaszokowany. Powiedział: "Korzeń, tak naprawdę to jest metoda walki z szatanem i możesz uwolnić się od demonów czytając systematycznie "Strażnicę". Spojrzałem na niego. Wiedziałem, że on też zupełnie nie wie, o czym mówi. Przychodziły ciągle do mnie takie myśli, które mówiły: "No, widzisz, to się wpakowałeś. Urodziłeś się 2 tys. lat za późno, żeby doznać takiego uwolnienia. Teraz takie rzeczy się nie dzieją. To masz wesoło, nie?" Były to myśli, które powodowały gorycz. Ci nie mogli mi pomóc i tamci nie mogli mi pomóc. Wtedy pomyślałem sobie: "Pomodliłem się raz, a On przyszedł w taki sposób, że doznałem uwolnienia od nałogu. Co by się stało, gdybym pomodlił się drugi raz?

Stałem w tym samym pokoju i pomodliłem się w taki sam sposób jak poprzednio. Powiedziałem: "Boże Żydów. Ci ludzie, z którymi się spotykałem, którzy nazywają siebie Twoimi sługami, oni nie mają pojęcia o tych rzeczach, które są zapisane w Twojej księdze". Skończyłem tę modlitw mówiąc:, "Jeżeli Ty masz jakichś ludzi, którzy naprawdę żyją według Twojej nauki, to chciałbym, żebyś mnie z nimi skontaktował".

Po paru dniach szedłem przez miasto. Spotkałem starego kumpla z poprzedniej szkoły, z której mnie wyrzucono. Tak pytamy siebie, co słychać. Misiek mówi: "Nawracam się, a co u ciebie, Korzeń?" Ja mówię: "Ja też się nawracam. I jak ci to idzie, Misiek?" - "Dobrze, a jak tobie, Korzeń?" Ja, więc: "Trochę gorzej" - "A czemu?" - "No, jestem opętany". On się roześmiał. Myślał, że żartuję. Kiedy tak rozmawialiśmy i okazało się, że nie żartuję, gdy opowiedziałem mu o tym wszystkim, co się działo, on naprawdę był tym poruszony i powiedział: "Korzeń, nie wiem, w jaki sposób ci pomóc, ale wiem, kto wie". Zorganizował grupę ludzi. Były tam osoby z różnych wspólnot: katolickich i protestanckich. Powiedziałem im o tym, jak w wieku 13 lat bawiłem się w satanizm, pijąc krew. O tym, jak zaczynając punkować wpadłem w ćpanie. O tym, jak wpadłem w okultyzm i oddawanie się szatanowi, nawet nie będąc świadomy tego, że jest to Szatan. Opowiedziałem o wszystkich swoich przeżyciach, o momencie, kiedy dostałem Nowy Testament i zacząłem go czytać. O tym, że w jednej chwili Bóg uwolnił mnie od nałogu, i że dziwnym wydaje się mi, że Bóg mógł takiego człowieka jak ja dotknąć w taki sposób, pomimo, że wcale na to nie zasługiwałem. Na zakończenie dodałem, że wiem, że wchodzę na jakąś drogę, że w moim życiu pojawia się coś zupełnie nowego, o czym nic nie wiem, do czego nie jestem Przygotowany i że chcę, aby wszyscy się za mnie modlili. Wtedy wszyscy zaczęli się modlić. Było słychać w tym autentyzm i przejęcie. W tamtym momencie zaczął ogarniać mnie stan takiej błogości i swobody. Cały stres i spięcie, w których żyłem, cała wewnętrzna gorycz, wszystko zostało ze mnie wyrwane. Poczułem taką swobodę. Odczuwałem ją fizycznie, jakbym wcześniej nosił zamiast kości rozpalone ołowiane pręty. Teraz czułem to w rękach, w nogach, w całym ciele; jakąś taką swobodę lekkość, wolność. W trakcie modlitwy nie działo się ze mną nic dziwnego, ale wiedziałem, że doznałem uwolnienia. Wiedziałem, że to "coś" mnie opuściło.

Kiedy wracałem do domu ostatnim autobusem okazało się, że będę musiał przejść jeszcze kilka kilometrów pieszo. Szedłem przez las. Gdy myślałem o tym wszystkim. co się wydarzyło, o tym, w jaki sposób Bóg uwolnił mnie od ćpania, o tym, jak teraz uwolnił mnie od demonów; o tym, że wcale na to nie zasługiwałem, to zaczęło się coś we mnie łamać. Myślałem o Nim. Zastanawiałem się dlaczego On to wszystko robi, że może jest w tym jakiś haczyk, tak jak z tymi demonami. Może On po prostu czegoś chce? Udziela mi takiego kredytu, a potem wystawi mi kolosalny rachunek. Tak o tym myślałem. Szedłem, cieszyłem się. Byłem wolny. Dwie rzeczy, które tak mnie wyniszczyły, okultyzm i ćpanie, były już historią. Tego już nie było. Szedłem, myślałem, ale ciągle powracało pytanie: dlaczego On to robi? Kiedy tam stałem w środku lasu i myślałem o tym w związku z tymi wszystkimi fragmentami Biblii, które przeczytałem, mówiącymi o Bożej miłości, o tym jak Jezus cierpiał za mnie na krzyżu, to uświadomiłem sobie, że Jego jedynym motywem w tym wszystkim było to, że On mnie kocha. Było to coś, co tak bardzo mnie odmieniło.

"Rycerz skorpiona" kontra rycerz Jezusa

Wszystko, co wydarzyło się do tej pory, wszystko co uczyniło mnie osiemnastoletnim starcem... Wydawało mi się, że ja w ciągu tych swoich 18 lat przeżyłem więcej niż niejeden człowiek dożywający setki. Czułem się takim wypalonym starcem. Ale wszystkie te przeżycia w tym momencie, kiedy uświadomiłem sobie, że Bóg, Ten, który stworzył wszechświat, Ten, który stworzył wszystkie drzewa, będące dookoła, Ten, który stworzył gwiazdy świecące wtedy nad moją głową, że Ten Bóg spojrzał dziś tak nisko i zobaczył jakiegoś ćpuna w krzakach. Zechciał zmienić jego życie. To wszystko tak bardzo mnie przejęło, że to myślenie, wszystko, co było z przeszłości, odeszło. Wiedziałem, że teraz wchodzę do zupełnie nowego świata. Nie wiedziałem, jak o tym" powiedzieć. Nie wiedziałem, czy to jest właściwe. Zacząłem znowu się modlić. Powiedziałem: "Boże, nie wiem czy taki Człowiek jak ja powinien mówić takiemu Bogu jak Ty takie rzeczy, ale wydaje mi się, że po tym wszystkim, przez co Przeszedłem w tym czasie i widząc, co robił Jezus, i patrząc na to, co Ty robisz teraz w moim życiu, uświadamiam sobie, że jest coś, co trzyma mnie w środku". Trudno było mi mówić. To słowo z wielkim trudem wyszło z moich ust. Powiedziałem: "Ojcze, myślę o Jezusie i wydaje mi się, że Go kocham". To, co wtedy się stało, było tak niesamowite. Szedłem asfaltem, modląc się. Krok po kroku czułem, jakbym wchodził do nowego świata. Coś dziwnego spłynęło na mnie z góry. Takie poczucie zupełnej swobody, akceptacji, miłości. Rozglądałem się dookoła i nawet powietrze, które wciągałem do płuc, wydawało mi się zupełnie niesamowite. Jakbym nigdy wcześniej nie miał z nim do czynienia. W moim wnętrzu coś zaczęło mi mówić, że cały ten świat był taki przez cały czas, to ja jestem nowy.

Gdy miałem 13 lat w piwnicy pomalowałem ściany krwią, ustawiłem w jej końcu taki mały ołtarz i spalałem na nim od czasu do czasu ofiary. Stanowiło to dla mnie mistyczną rozrywkę. Taką artystyczną formę jakiejś religijności, gdzie przemoc, zło, agresja były siłą w pewien sposób czczoną, w pewien sposób uznawaną jako ta, która była bardziej dominująca dla ludzkości niż jakiekolwiek przejawy dobra. Kiedy poznałem Biblię, kiedy zacząłem ją czytać i kiedy postanowiłem odwrócić się od tego wszystkiego, czemu oddawałem się wcześniej, wtedy przyniosłem tutaj swoje okultystyczne książki, notatki, karty tarota i inne akcesoria. Porwałem to wszystko w drobne strzępy tak, aby te książki spaliły się dokładnie. Usypałem całą kupę tych kartek, na górę rzuciłem talię kart tarota, podpaliłem i wyszedłem. Było bardzo dużo dymu. Kiedy wyszedłem i odczekałem aż ten dym przestanie lecieć, wróciłem zobaczyć, co się stało. Wszystko się spaliło. Została tylko jedna karta, której ogień nie dotknął. Przeraziło mnie to. Ta karta to "rycerz skorpiona". Odnosiła się w szczególny sposób do osób spod tego samego znaku zodiaku, co ja. Znaczyła mniej więcej tyle, co przepowiedzenie choroby psychicznej na tle religijnym. Myślę, że naprawdę "zachorowałem"- odleciałem. Jestem w tym odlocie od ośmiu lat. W ciągu tych 8 lat pomogłem kilku osobom wydostać się z narkotyków. Pomogłem iluś tam osobom wydostać się z okultyzmu. Ileś tam osób nie popełniło samobójstwa, spotykając się ze mną w krytycznych momentach swego życia. Jeśli tak miał wyglądać ten odlot i obłęd, który przepowiadał mi szatan, to myślę, że jest dobrze. Wiem, że nie jest z tego zadowolony. Niech to wszystko będzie szyderstwem wobec niego.

Źródło: Metanoia

 
Cytaty

Zamysł w sercu człowieka jest jak głęboka woda; lecz roztropny mąż umie jej naczerpać.


Dodaj do ulubionych
 
Kontakt
Tel.:
E-mail:
GG:
Skype:
061 624 36 35
info@misjapetra.com
gg 20282035
My status misjapetra
Masowe Uwolnienie Świadectwa

Masowe Uwolnienie DVD

Świadectwa i fragmenty uwolnienia 


Poza ciemnością

Bill Subritzky - Poza Ciemnością

Świadectwo Paul i Alison Simpson


Dla małżeństw DVD

Uzdrowienie małżeństw i relacji rodzinnych

 Bill i Pat doświadczyli odnowienia   i uzdrowienia swojego małżenstwa.


Małżeństwo

  Osobowość plus dla małżeństw

 

Czy zachowanie twojego współmałżonka nie przyprawia cię czasem o dreszcze?

książka

Dary Ducha Świętego

 "Przyjmowanie darów duchowych" 

 Bill Subritzky

http://www.sklep.misjapetra.com/images/mini/66e385c2c87486063916cd84b2af305e.jpg

2 płyty DVD

Dzisiaj2
Wczoraj17

Sposoby płatności

design i wykonanie:   | www.kcpr.pl